Nóż na gardle

Kolejna książka Krzysztofa Lipki

o książce

Wrogami są wszyscy dla wszystkich w życiu publicznym,

a w prywatnym każdy dla siebie samego.

– Platon

 

Oddaję Czytelnikowi, w sfabularyzowanej, lekko sensacyjnej postaci, powieść o rozterkach człowieka w przełomowym dla dziejów miejscu i czasie, w początkach nowoczesności, w Paryżu podczas wielkiej rewolucji. Jest to tekst o tym, jak namiętności i pasje zniszczyły stary kaleki porządek i powołały na jego miejsce nie mniej kaleki nowy, a przy tym bezlitośnie przemodelowały ludzką duszę, odbierając jej reszki wiary i nadziei. A co z miłością? 

W środku

^

Paryż

Akcja książki rozgrywa się w Paryżu podczas wielkiej rewolucji. 

^

Dokument

Książka opiera się na znanych z historii materiałach

^

Historia

Niemal wszyscy bohaterowie są postaciami historycznymi.

Pamiętnik sankiuloty (1)

10. sierpnia 1793. Powinienem był raczej napisać: 23. thermidora roku pierwszego Rewolucji. Do pochodu z okazji Święta Jedności i Niepodzielności Republiki ruszyliśmy o czwartej nad ranem. Tłumy stały cierpliwie, oczekując wschodu słońca, by wszystkich nas jutrzenka oświeciła, opromieniła i natchnęła w ten radosny dzień Błogosławieństwem Przyrody. Na placu po niesławnej pamięci Bastylii, z kształtnych piersi wzniesionej przez Tassy’ego Fontanny Odrodzenia, przedstawiającej Matkę Naturę, tryskały dwa strumienie Wody Życia prosto do Basenu Wszelkiej Obfitości, nieco łagodząc niemiłosierny upał. Najstarsi komisarze, w liczbie osiemdziesięciu sześciu, czyli po jednym z każdego Departamentu, pili po kolei Wodę Życia z jednej czary, przyjmując tym sposobem w imieniu wszystkich nowy, Republikański Chrzest. Przemówił ochoczo, ale wzniośle Przewodniczący Konwentu, Hérault de Séchelles i przypomniał krótko, co właściwie świętujemy. Oto dzisiaj, ku pamięci tragicznych wypadków sprzed roku, to jest ataku na Tuilerie, uroczyście weselimy się z tego powodu, że Ofiara Ludu nie poszła na marne i Rewolucja wkroczyła na prawdziwie republikańskie tory. Dzisiaj więc będziemy mogli w pełni dopiero podziwiać potęgę Rewolucji, w jej wzniosłym kształcie symbolicznym, bowiem nasz wielki artysta, Jacques-Louis David, ujął to święto w bogaty i podniosły scenariusz i nadał obchodom imponujący plastyczny kształt.

Dopiero po wschodzie słońca tłum oblany oczyszczającą zorzą rozpoczął przemarsz przez główne arterie Paryża. Marsz ciągnął się przez więcej niż pół miasta, z Sekcji Arsenału, przez Prawa Człowieka, dalej przez Sekcje Muzeum i Gwardii Narodowej, wreszcie Tuilerii, Inwalidów i Pól Marsowych. Cisnąca się gawiedź zewsząd otaczała członków oficjalnego pochodu. Najpierw defilowały kluby rewolucyjne z proporcami, na których wymalowano liczne emblematy, przede wszystkim wielkie Oko Czujności (zwane kiedyś okiem opatrzności), nie bez nadzwyczajnych powodów: wróg wokoło nigdy nie śpi. Potem szli członkowie Konwentu z bukietami kłosów rozmaitych zbóż w ręku. Najbardziej podniośle przedstawiało się ośmiu Deputowanych niosących uroczyście tablice z wypisanym starannie tekstem Deklaracji Praw, a także Konstytucji; za nimi osiemdziesięciu sześciu starców, delegowanych z osiemdziesięciu sześciu Departamentów,

 

12

rozpościerało wokół Reprezentantów Ludu trójbarwną szarfę w kolorach narodowo-republikańskich, czerwonym, białym i niebieskim, jak opasującą wybranych rzekę szczęśliwości. Dostojeństwa przydawały temu widokowi dodane na modłę antyczną gałązki oliwne jako znak Pokoju dla Paryża i Prowincji oraz wiązki pik ze wszystkich Departamentów niesione w charakterze liktorskich rózeg.

Sankiulotom kazano trzymać w dłoniach narzędzia swej codziennej pracy – dostojnej, bo pożytecznej! – czym nigdy przecież nie mogliby się poszczycić byli arystokraci, zakały i nieroby, zwyciężone już na szczęście dawne przekleństwo Narodu. Za wybranymi przedstawicielami paryskiego Ludu maszerowały pełne korporacje, szli działacze, sędziowie, policja, inwalidzi, niewidomych wieziono na specjalnie wymyślonym ruchomym podium, dalej postępowali Murzyni, czyli zamorscy Obywatele o kolorowej skórze, obecni tu na znak braterstwa między ludźmi. Słusznie jednak, jako czarni, umieszczeni zostali na szarym końcu.

Wreszcie nadszedł czas na pojazdy. Parę staruszków usadowiono na pierwszym wozie, do którego zaprzężono ich rodzonych synów; trudno byłoby o prostszą i wymowniejszą metaforę przyszłości Narodu: oto pełna zapału młodzież nie pozostawia w tyle pokolenia, które siły swe oddało wspólnemu dobru, lecz wprowadza je w świetlaną przyszłość, by wszyscy uczestniczyli w szczęśliwości pospólnych zdobyczy. Kolejny pojazd obrazował wojnę i wiózł urnę z prochami poległych. Za nimi, jako trzecia, podążała zwykła fura wioząca niegodny już podziwu blichtr minionej epoki błędów, cały ten złom, w którym szlachetny jest tylko kruszec: berła, korony, kartusze z herbami, tkaniny wyszywane w przeklęte burbońskie lilie. Wszystko to przygotowane na dobrze zasłużoną zagładę.

Było już blisko południa, kiedy dobrnęliśmy do bulwaru Poissonnières; tutaj pod specjalnie wzniesionym łukiem triumfalnym siedziały na lufach dział Bohaterki Walk z marszu na Wersal piątego i szóstego października 1789 roku, dzierżąc w dłoniach symboliczne trofea. Przewodniczący Hérault de Séchelles wręczył im gałązki lauru, po czym wyróżnione heroiny podążyły na lawetach wraz z całym pochodem. Na Placu Rewolucji nastąpiło najważniejsze wydarzenie dnia: dokonano odsłonięcia Posągu Wolności depczącego szczątki tyranii i w hołdzie tak uosobionemu Bóstwu Współczesności podpalono monarsze insygnia ułożone u jego stóp, na specjalnym stosie wzniesionym w pobliżu Świę13

 

tej Gilotyny. W tym podniosłym momencie salwy artylerii poderwały tysiące wypuszczonych na wolność gołębi ze zwycięskimi banderolami owiniętymi wokół szyj.

W następnym etapie dość długo ciągnęła się na Esplanadzie Inwalidów defilada przed figurą Narodu zmiatającego z powierzchni kraju demona federalizmu, przedstawioną w postaci Herkulesa miażdżącego hydrę kontrrewolucji. Hérault de Séchelles musiał przemówić jeszcze raz i długo objaśniać niezbyt pewnemu tłumowi, co wyraża ta skomplikowana, ale podniosła alegoria. Najwspanialszą, monumentalną dekorację wzniesiono jednak na Polu Marsowym; przy Ołtarzu Ojczyzny, na szczycie wzgórza, dwie kolumny, przedstawiające Wolność i Równość, połączyła gigantyczna estakada obrazująca Braterstwo. Pod nią ustawiono osiemdziesięciu sześciu starców przyprowadzonych przez Przewodniczącego Zgromadzenia przy akompaniamencie salw armatnich. Rozentuzjazmowany tłum składał przysięgę na wierność naszej Jakobińskiej Konstytucji. Starcy wręczyli swoje piki Przewodniczącemu, który ułożył je w snop i przekazał wraz z Aktem Konstytucji Deputowanym, by trzymali pieczę na tymi przedmiotami powszechnego kultu. W dostojnej ciszy Przewodniczący Zgromadzenia odbierał następnie życzenia od Narodu, zawczasu spisane i teraz wręczane mu przez delegatów wszystkich Departamentów.

Na drugim krańcu Pola Marsowego, w pobliżu Akademii Wojskowej wydźwignięto największą z kolumn, wyższą od Ołtarza, poświęconą Wolności, a obok niej Świątynię Nieśmiertelności, jak tajemniczo objaśnił Przewodniczący „antyczne Komemoratywne Tempietto Monopteryczne ku pamięci poległych za Ojczyznę”. Po całej ceremonii pochód rozdzielił się na dwa strumienie; pierwszy miał za zadanie odprawić ceremonialnie prochy poległych bohaterów do Tempietta, drugi złożyć Akt Konstytucyjny pod Ołtarzem Ojczyzny, skąd jutro należało go odprowadzić z powrotem do Konwentu. Jednocześnie rozpoczęła się na Polu Marsowym wielka inscenizacja, pokazano oblężenie i bombardowanie gigantycznej makiety, która nad brzegiem Sekwany udatnie imitowała Lille, gloryfikując tym sposobem bohaterską walkę patriotycznych mieszkańców tego nieszczęsnego i wzniosłego miasta z austriackim najeźdźcą. Wystąpiły dziesiątki statystów ubranych w stroje skonfiskowane w operze królewskiej i przechowywane teraz pod pieczą Zarządu Świąt Republikańskich. 14

 

Ufff…!

Tego już nie oglądałem, zaczął się zamęt i zapanował wokół zbytni rozgardiasz. Miałem do wyboru udać się z jednym lub z drugim potokiem gawiedzi w tę lub w tamtą stronę, ale że nie interesowały mnie zbytnio ani prochy, jako już spalone, ani nowa konstytucja, jako jeszcze nie wcielona w życie, mogłem się trochę poszwendać niby tak sobie, bez celu. Bez szczególnej przyczyny podążyłem odruchowo za prochami, bo w końcu więcej można się było spodziewać po obrządku uroczystej adoracji przesławnych szczątków niż po czuwaniu przy zwoju papieru.

Już jakiś czas temu, podczas zamieszania, jakie panowało na Polu Marsowym, straciłem z pola widzenia osobę, za którą cały dzień wodziłem oczyma. Teraz nabrałem nadziei, że, o ile podążę w stronę zapowiadających się bardziej spektakularnie wypadków, może odnajdę zwierzynę, którą miałem zamiar upolować. Był to młody mężczyzna o niewątpliwie niezwykle pięknej głowie. Tak, tak, dobrze mówię, nie o pięknej twarzy, lecz o pięknej głowie. W końcu na szafocie składa się głowę i spod ostrza gilotyny wynosi się właśnie głowę. Odciętą. A więc liczą się nie rysy, a przynajmniej nie tylko rysy, nie wyraz, nie karnacja, bo to wszystko ulatuje wraz z życiem, przemienia się w stężałą, zakrzepłą maskę; liczy się wielkość, kształtność, modelowość obiektu, sprawiające, że można go jeszcze jakoś „na zimno”, jako zwyczajne tworzywo wtórne wykorzystać.

Jak wykorzystać? Nie moja to sprawa. Niech każdy pilnuje swojego interesu. Moim interesem jest szukać, wypatrywać, śledzić, wskazywać i, ewentualnie, dostarczać. Niech potem sobie robią z tym, co zechcą! A ja dalej krążę po ulicach, wypatruję, śledzę, wskazuję. Ten, który mi tym razem właśnie umknął, rokował niezłe nadzieje na zarobek. Jakiś rzemieślnik czy może młody sklepikarz, lecz o nader charakterystycznym łbie, pełnym, otoczonym puklami gęstych, jasnych (co u nas przecież nieczęste) włosów, o orlim nosie, wydatnych kościach policzkowych, krągłej potylicy, wysuniętym podbródku, wszystko, jednym słowem, tak dziko i twardo wymodelowane, że długo mogłoby jeszcze zachować zakrzepłe kształty w zwartej formie. Dobrze! Niestety, jak powiedziałem, zwierz umknął mi tym razem i tyle go widziałem! Ale niewątpliwie umknął nie na długo. Nie ma takiego zakamarka w Paryżu, gdzie nie wyśledziłbym tego, kto mi się wyda potrzebny. A ten nie jest zbyt trudny do odnalezienia, niechybnie te jasne kudły szybko zdradzą go pośród tłumu. Prędzej czy później, 15

 

choć miejmy nadzieję, że prędzej, bo właśnie mile widziany byłby jakiś poważniejszy grosz. Nawet, myślałem sobie, gdybym dzisiaj nie wpadł już ponownie na trop opisanego obywatela, to podczas najbliższej sankiulotydy niewątpliwie nie uchroni się przede mną nikt, kto gustuje w podobnych spektaklach. Bo ja, przyznam się, raczej niezbyt i gdyby nie matka wynalazku, konieczność…

Właśnie przedwczoraj naszedł mnie pewien odbiorca, który robił wrażenie nowego klienta na dość dobrze znanym mi rynku. Człowiek młody, zdecydowany, bogaty. Proponował zawrotną jak na dzisiejsze czasy sumę, i to bez targów, za kształtna młodą głowę męską. Dziką, podkreślił kilkakrotnie, z wygładu dziką! Im dziksza, tym lepiej. I świeżą, dodał. Na moje pytające spojrzenie wyjaśnił, że nie dostrzega żadnego problemu w przedsięwzięciu szybkiego zdobycia głowy całkiem jeszcze silnie osadzonej na żywym ciele. Kwestia ceny i tyle! Przecież dziś wszystko tylko chwilowe…

– Zrobimy małe przekwalifikowanie towaru… – wyjaśnił.

Towar, cóż… względnej przydatności. Taka była prawda.

– Więc dobrze, hmmm, w tym miejscu rękopis się urywa. Tak? Czy jesteś pewien, że to wszystko? Czy… możeś co jeszcze przede mną ukrył? Jak tam?

– Nie, nie! Skądże… to wszystko… Wszystko, co udało mi się zdobyć. Ale… nie wykluczam oczywiście, że w najbliższej przyszłości…

– Dobrze, nie trać z oczu tego typa… Aaa… a może jednak znasz jeszcze jakieś bliższe szczegóły na jego temat? Może wiesz lub domyślasz się… kto jest jego mocodawcą, gdzie odbiera zlecenia, z kim się kontaktuje? Albo chociaż… na jaką skalę działa?

– Wszystko w swoim czasie, obywatelu Héron, po kolei… – Emil rozglądał się bezradnie po skromnym pokoiku komisarza.

– Niech będzie, tylko się spiesz, towarzyszu, wiesz, że Ramię Rewolucji daleko sięga… Nikt przed nim nie umknie. Mam na myśli tamtego oczywiście, nie ciebie… No, na razie możesz odejść.

Héron pozostał sam w swym zaimprowizowanym byle jak gabinecie. Jego wzrok nieco bezmyślnie błądził za oknem, po niebie, gdzie gromadziły się właśnie gęste chmury. Od rana co pewien czas migała za szybą błyskawica bezgłośnej burzy. Lubił to.

Pamiętnik

Stron

Nóż na gardle jest solidnie zdokumentowany i opiera się na znanych z historii materiałach, niemal wszyscy bohaterowie są postaciami historycznymi. To zaś, co zostało przez autora zmyślone, jest jednak więcej niż prawdopodobne. Choć – jak wiadomo – rzeczywistość zazwyczaj przerasta naszą wyobraźnię, zarówno w tym, co dobre, jak i w tym, co najgorsze. Czy w takim razie można zarzucać autorowi nadmiar okrucieństwa i horroru? A może – mimo wszystko – jednak nadmiar liryzmu?

Wrogami są wszyscy dla wszystkich w życiu publicznym, a w prywatnym każdy dla siebie samego.

Platon

Z punktu widzenia pisarza rewolucja francuska została skomponowana jak świetne dzieło literackie – z wyrazistymi postaciami i konfliktami, zwrotami akcji i wielkimi monologami.

Andrew Miller

Liberté, égalité, fraternité.

hasło rewolucji francuskiej, obecnie dewiza Francji.

Nie można twierdzić, że ruch narodowy jest od początku do końca dziełem rewolucji francuskiej, ale zarówno ideologia nacjonalistyczna, jak i świadomość narodowa ogromnie się umocniły w tych krajach, gdzie obalono dawny porządek.

Norman Davies

Rewolucja francuska była tak decydującym wydarzeniem w historii emancypacji ludzkości, że należałoby ją co jakiś czas powtarzać.

Immanuel Kant

O Autorze

Krzysztof Lipka – dr hab. filozofii, prof. emerytowany UMFC; muzykolog, historyk sztuki, pisarz, poeta; w latach 1975 – 2001 redaktor w Polskim Radiu (liczne nagrody, w tym „Złoty Mikrofon”, 1992); autor kilkunastu książek, w tym wiersze (Usta i kamień, 1992, Elegie moszczenickie, 2000; Kasztanów Dwadzieścia, 2003), opowiadania (Wariacje z fletem, 1989; Technika własna, 2007), powieści (Pensjonat Barateria, 1993; Wszystko przez Schuberta, 2001; Nóż na gardle, 2012; Statek szaleńców. Dziennik pokładowy, 2021; Mamuśki, 2021), eseje (Słyszalny krajobraz, 2003; Miasta i klucze, 2005), baśń dla dzieci (Laura na Zamku Godzin, 2012) oraz ponad trzystu artykułów z zakresu kultury, sztuki, estetyki. Ostatnie cztery książki (Wydawnictwo UMFC) poświęcone filozofii sztuki, głównie muzyki (Utopia urzeczywistniona. Metafizyczne podłoże treści dzieła muzycznego, 2009; Pejzaż nadziei. Historyczny rozwój muzyki jako proces o charakterze teleologicznym, 2010; Entropia kultury. Sztuka w ponowoczesnej pułapce 2013; Abstrakcja i przestrzeń. Szkic o ekspansji myśli i sztuki, 2017). Zajmuje się estetyką filozoficzną, szczególnie ontologią dzieła muzycznego, sztuką abstrakcyjną i związkami sztuki z etyką. 

Jest to tekst o tym, jak namiętności i pasje zniszczyły stary kaleki porządek i powołały na jego miejsce nie mniej kaleki nowy, a przy tym bezlitośnie przemodelowały ludzką duszę, odbierając jej resztki wiary i nadziei. 

Krzysztof Lipka

Inne książki tego autora

Mamuśki. Powieść erotyczna, ale nie pornos

Miasta i Klucze

Pensjonat Barataria

Laurą na zamku godzin

Utopia urzeczywistniona. Metafizyczne podłoże treści dzieła muzycznego

Statek szaleńców. Dziennik pokładowy

Abstrakcja i przestrzeń. Szkic o ekspansji myśli i sztuki

Niespodziewana przemiana Marszałka Bimbusa. Co gra w duszy Jerzemu Maksymiukowi

Kolejna książka tego autora!

wkrótce

10% na KSIĄŻKI

w przedsprzedaży

Możesz mieć książkę w domu, zanim trafi ona do dystrybucji!

W dodatku 10% taniej!

Zasubskrybuj nasz newsletter, będziemy Cię informować o nowościach!